Kultura torrentów

wezwanie-do-zapłaty-za-torrentyGdzie Internet, tam nielegalny dostęp do plików. Muzyka, filmy, książki, seriale – w wersji do obejrzenia on-line, do ściągnięcia albo dostępne za niewielką opłatą na rzecz właściciela serwisu hostingowego. Piractwo potępia głośno wielu aktorów, muzyków, artystów innego sortu oraz – można by złośliwie dodać: przede wszystkim – producentów. Od lat zupełnie bezskutecznie walczy z nim policja, zamykając kolejne strony internetowe odpowiedzialne za publikację nielegalnych treści; i wzbudzając przy tym falę niezadowolenia oraz krytyki, ale ani o krok nie zbliżając się do ukrócenia procederu. Jeśli internauta chce obejrzeć film lub pobrać piosenkę, zawsze znajdzie na to sposób. Zamiast usuniętych serwisów pojawiają się nowe, zupełnie jak w bajce o smoku, któremu w miejsce odciętej głowy wyrastają trzy kolejne.

Pozwolę sobie wystąpić w roli adwokata diabła. Łatwo jest krytykować tak zwane piractwo, ale czy kiedykolwiek zastanawialiście się nad przyczyną jego rosnącej popularności? Czy aby na pewno zawsze chodzi o wybór między tym, co darmowe, a tym, za co trzeba zapłacić? W wielu przypadkach pewnie tak. To może wynikać ze zwykłego skąpstwa, a może z braku pieniędzy. Dostęp do współczesnej kultury popularnej – o tzw. kulturze wysokiej nie wspominając – jest najzwyczajniej w świecie drogi. Wydanie DVD zagranicznego serialu nie dość, że pojawia się w naszym kraju z kilku(nasto)miesięcznym opóźnieniem, to jest dostępne w cenie nieproporcjonalnie wysokiej do jakości. Dla osób, które nie są zagorzałymi fanami, a jedynie przypadkowymi widzami, to może być zbyt wielki wydatek. Podobnie rzecz ma się z niektórymi książkami czy płytami. A potrzeba kontaktu z kulturą zakorzeniona jest w większości z nas – wybieramy więc to, na co możemy sobie pozwolić.

Jeszcze ważniejsza od pieniędzy jest jednak kwestia dostępności. Załóżmy, że mieszkamy w niewielkiej miejscowości. Na ekrany wchodzi interesujący film, ale żadne z dwóch kin w sąsiednim mieście, do których zwykle dojeżdżamy, nie ma go w repertuarze. Mamy do wyboru: wybrać się do miejscowości oddalonej o pięćdziesiąt kilometrów, poczekać pół roku na drogie wydanie DVD albo – no właśnie, pobrać film z Internetu. Jeszcze gorzej mają się w Polsce wielbiciele popularnych zagranicą seriali. Te emitowane są w polskiej telewizji z kilkumiesięcznym (albo i kilkuletnim!) opóźnieniem, w środku tygodnia, o późnej porze, a na dodatek nieraz z koszmarnym tłumaczeniem. I z ilością reklam wołającą o pomstę do nieba. Tymczasem prezesi Telewizji Publicznej czy TVN-u uparcie twierdzą, że Polacy wolą lokalne produkcje, i wypełniają ramówkę kolejnymi klonami „M jak miłość” lub „Trudnych spraw”. W Polsce brakuje internetowych serwisów i platform, które w zamian za comiesięczny abonament pozwoliłyby legalnie oglądać wybrane produkcje, w dowolnych ilościach i o każdej porze. Cała nadzieja w Netfliksie, który już niebawem będzie u nas dostępny i, jak sądzę, ucieszy wielu widzów, których istnienia polska telewizja zdaje się zupełnie nie zauważać.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz